Z perspektywy kibica LKS Leśna ten sparing miał być generalną próbą przed ligą, a wyszło… cóż, jak zwykle – dużo biegania, trochę emocji i klasyczne „mogło być 5:0 do przerwy”.
Pierwsza połowa? Bardzo solidna, mimo iż początek spotkania nie należał do udanych, po 20 minutach złapaliśmy przysłowiowy „wiatr w żagle”. Przeciwnik, czyli Soła Rajcza, został zepchnięty do defensywy i został tam do końca pierwszej połowy. W 24. minucie po wrzutce Jakuba Jurowskiego głową trafił Mateusz Piątek i wszystko szło zgodnie z założonym scenariuszem.
Niestety jeszcze w pierwszej połowie zaczęło się klasyczne LKS Leśna show. Słupek, słupek, poprzeczka – jakby ktoś urządził konkurs stolarki boiskowej. Dominik Semla i Kacper Jakubiec testowali wytrzymałość konstrukcji bramki, a Jurowski do kompletu obił poprzeczkę. Do przerwy powinno być spokojnie „pozamiatane”, ale wiadomo – po co zamykać mecz, skoro można zostawić dramaturgię na drugą połowę?
Po zmianie stron scenariusz początkowo był podobny do tego z początku pierwszej połowy. Żadna z drużyn nie była stroną, która chciała skrzywdzić przeciwnika. Do momentu faulu na Kajetanie Lachu i podyktowaniu rzutu karnego. Gdy już myśleliśmy, że uspokoimy sytuację, Kacper Jakubiec nie trafił w bramkę z 11m i to Soła uwierzyła bardziej w korzystny rezultat. My do końca spotkania już nic ciekawego nie stworzyliśmy a w Rajczy? Najpierw Damian Salachna wpakował piłkę do pustej bramki, potem Daniel Lach z wolnego dołożył swoje i nagle z dominacji zrobiło się… no właśnie – nic.
Podsumowując z trybun: pierwsza połowa dała nadzieję, druga ją zabrała, a cały sparing wyglądał jak jazda kolejką górską. I zamiast klarownych wniosków po tej „generalnej próbie”, zostaje jedno: po ostatnim sparingu jest więcej pytań niż odpowiedzi.
